
Ikony to jeden z tych elementów identyfikacji, które na co dzień „robią robotę”, a rzadko dostają należytą uwagę. W praktyce potrafią zdecydować o tym, czy interfejs jest czytelny, czy grafiki w socialach wyglądają spójnie, a prezentacje i materiały sprzedażowe nie sprawiają wrażenia zlepku przypadkowych stylów. Jeśli w firmie co chwilę ktoś „dorzuca ikonki” z różnych źródeł, po kilku miesiącach wychodzi chaos: inne grubości linii, inne zaokrąglenia, różne proporcje, raz kontur, raz wypełnienie, raz cieniowanie. Z punktu widzenia użytkownika wygląda to po prostu tanio i niespójnie, a z punktu widzenia zespołu oznacza poprawki, spory i marnowanie czasu.
System ikon rozwiązuje ten problem podobnie jak system typografii czy paleta kolorów: ustala zasady, bibliotekę i sposób użycia. Dobrze zrobiony nie musi być wielkim projektem. Może być zestawem 30–80 ikon, które pokrywają realne potrzeby, mają wspólny styl i są gotowe do wdrożenia na stronie, w kampaniach oraz w materiałach drukowanych. Kluczem jest to, żeby ikony przestały być „ozdobą”, a stały się narzędziem komunikacji.
Paczka ikon to zwykle pliki z internetu, często świetne wizualnie, ale dopasowane do czyjegoś stylu, a nie do Twojej marki. System ikon to zestaw reguł i komponentów, które:
W praktyce system ikon jest „małym językiem wizualnym” marki. Ułatwia pracę grafikom, projektantom UX/UI, osobom od social mediów i każdemu, kto składa materiały w Canvie, PowerPoincie czy w edytorze CMS.
Nie każda firma potrzebuje od razu ogromnej biblioteki. Są jednak sygnały, że temat zaczyna kosztować:
Jeśli rozpoznajesz choć dwa–trzy z tych punktów, system ikon zwykle zwraca się szybciej, niż się wydaje. Najczęściej nie przez „ładniejszy wygląd”, tylko przez skrócenie pracy i ograniczenie liczby poprawek.
Największy błąd w ikonach to budowanie biblioteki od strony „co fajnie wygląda”. Start powinien być funkcjonalny: jakie znaczenia ikony mają przenosić i gdzie będą używane. Dobry brief do ikon odpowiada na cztery pytania:
Warto też ustalić, czy ikony mają być neutralne (bardziej „systemowe”), czy mają element charakteru marki (np. drobny detal, nietypowy promień, charakterystyczne zakończenie linii). Neutralne szybciej wdrożyć, a „brandowe” potrafią dać mocniejszy efekt rozpoznawalności, ale wymagają większej dyscypliny.
Żeby ikony wyglądały jak jedna rodzina, muszą mieć wspólną geometrię. Najczęściej ustala się:
To brzmi technicznie, ale jest proste w praktyce: jeśli jedna ikona ma cienkie linie i ostre rogi, a druga grubsze i okrągłe końcówki, to nawet laik zobaczy, że coś „nie gra”. Spójność jest ważniejsza niż fajerwerki. Dobrze dobrane parametry sprawiają, że ikony są czytelne nawet w małych rozmiarach, a po powiększeniu nadal wyglądają profesjonalnie.
Najczęstszy dylemat to wybór między ikonami konturowymi (outline) i pełnymi (filled). Outline zwykle wygląda lżej i „bardziej nowocześnie”, dobrze współpracuje z tekstem i layoutami opartymi na typografii. Filled bywa bardziej widoczne w małych rozmiarach, ale łatwiej o wrażenie „ciężkości” i trudniej o spójność, jeśli wchodzą różne kształty wypełnień.
Da się mieszać outline i filled, ale tylko wtedy, gdy jest jasna reguła: na przykład outline jako stan domyślny, filled jako stan aktywny. Jeśli mieszasz style bez reguły, użytkownik przestaje rozumieć, co jest ważne, a co drugorzędne. W materiałach marketingowych robi się to jeszcze gorzej, bo w każdym nowym banerze ktoś wybiera „jak mu pasuje”.
W ikonach działa to samo, co w typografii: oko widzi optyczną wagę, a nie liczby. Dwie ikony mogą mieć identyczne wymiary, a jedna będzie wyglądała na większą, bo ma więcej wypełnienia lub jest „gęstsza” w środku. Dlatego system ikon powinien uwzględniać korekty optyczne:
W praktyce robi się to tak: składasz ikony w rządku, w tych samych rozmiarach, na tym samym tle. Jeśli któraś „krzyczy” lub „znika”, trzeba ją skorygować. To szybki test jakości, który oszczędza później dziesiątki dyskusji.
Jeżeli ikony mają żyć w zespole, muszą być dostępne jak klocki LEGO. W Figma najlepiej potraktować je jak część design systemu:
Nazewnictwo to temat, który wydaje się nudny, dopóki ktoś nie ma znaleźć ikony „koszyk” i nie wpisuje pięciu synonimów. Dobre nazwy są przewidywalne i zgodne z tym, jak myśli zespół. Jeśli w firmie mówi się „kontakt” a nie „support”, to warto to uwzględnić. Dla większych bibliotek najlepiej sprawdza się struktura katalogowa, bo porządkuje wyszukiwanie i pozwala rosnąć bez bałaganu.
Dla strony internetowej standardem są ikony w SVG. Najczęściej dlatego, że są ostre w każdej rozdzielczości, lekkie i łatwe do stylowania kolorem. W materiałach kampanijnych często potrzebujesz też PNG (np. do systemów reklamowych lub narzędzi, które nie lubią SVG). W praktyce warto mieć oba tory eksportu, ale z jednego źródła.
Ważne jest, żeby ustalić zasady kolorystyczne. Najczęściej ikony są neutralne (jeden kolor) i dopiero kontekst nadaje im barwę. Jeśli każda ikona ma mieć własny kolor „na stałe”, biblioteka zaczyna żyć swoim życiem i robi się trudniejsza do utrzymania. Lepiej mieć regułę: ikony dziedziczą kolor z komponentu lub z layoutu, a w kampaniach są „barwione” zgodnie z paletą marki.
Ikony są świetne, ale potrafią wprowadzać nieporozumienia. Szczególnie wtedy, gdy próbują zastąpić tekst. W interfejsie zasada jest prosta: jeśli ikona ma znaczenie funkcjonalne, użytkownik powinien rozumieć ją natychmiast albo mieć podpowiedź (tekst, etykietę, opis). W obszarach marketingowych ikona bez podpisu często jest tylko dekoracją. To nie musi być złe, ale trzeba to nazwać po imieniu.
W praktyce dostępność ikon sprowadza się do trzech reguł:
Jeśli ikony mają wejść do UI, warto od razu sprawdzić je w minimalnych rozmiarach (np. 16–20 px) i na różnych tłach. To najczęściej ujawnia, które elementy są za cienkie, które detale są zbędne i gdzie trzeba uprościć kształt.
Najlepszy system ikon upadnie, jeśli nie ma prostej reguły użycia. W praktyce warto wdrożyć dwie rzeczy: jedno miejsce prawdy i proces dodawania nowych ikon. „Miejsce prawdy” to biblioteka w Figma oraz folder w repozytorium lub w zasobach projektu, do których odwołują się wszyscy. „Proces dodawania” to krótka procedura: kto może dodać ikonę, jak ją nazywa, gdzie trafia, kto zatwierdza.
To brzmi jak biurokracja, ale w małej skali to może być po prostu jedno zdanie: „Nowe ikony dodajemy tylko do biblioteki, nie wklejamy z internetu do pojedynczych kreacji”. Ten jeden nawyk potrafi uratować spójność.
Jeśli chcesz szybko ocenić, czy system ikon będzie działał, sprawdź, czy unikasz tych pułapek:
Najgorsze jest to, że te błędy zwykle nie ujawniają się od razu. Na początku „jakoś to wygląda”. Problem zaczyna się po kilku miesiącach, gdy biblioteka rośnie i w projekcie pracuje więcej osób.
Dla większości firm najlepszym startem jest biblioteka bazowa, która pokrywa typowe potrzeby marketingowe i UI. Zamiast tworzyć 300 ikon, lepiej zrobić 50 naprawdę dopracowanych. Zakres możesz ułożyć w trzech paczkach:
Po wdrożeniu takiego zestawu da się realnie ocenić, czego brakuje. To dużo lepsze niż zgadywanie i projektowanie ikon „na przyszłość”, które potem nie są używane, a tylko komplikują bibliotekę.
Jeżeli te elementy są dopięte, system ikon zaczyna działać jak prawdziwy zasób marki. Nie musisz za każdym razem „wymyślać ikon od nowa”, a materiały z różnych kanałów przestają wyglądać, jakby były robione przez przypadkowe osoby.