
Ten tydzień w reklamie i marketingu miał jedną wspólną nutę: granice. Granice regulacji (UE i krajowe urzędy coraz mocniej wchodzą w platformy), granice wiarygodności (oznaczanie reklam i influencerzy), granice modeli biznesowych agencji (restrukturyzacje i cięcia), a także granice samej technologii reklamowej, która robi się tak skomplikowana, że zaczyna potrzebować „tłumaczy” i standardów jakości. W praktyce to nie był tydzień o jednej spektakularnej kampanii, tylko o tym, co dziś decyduje o tym, czy marketing w ogóle będzie działał: dostęp do kanałów, zaufanie, pomiar i koszty dotarcia.
W Brukseli zrobiło się gorąco wokół mechaniki, która dla większości firm jest codziennością: reklamy w wynikach wyszukiwania Google. Według doniesień, europejscy regulatorzy rozesłali do reklamodawców pytania dotyczące tego, czy sposób działania aukcji w Google Search może sztucznie zwiększać „cenę rozliczeniową” i finalnie podnosić koszty kampanii. To ważne, bo aukcja wyszukiwarkowa jest jednym z najbardziej wpływowych rynków reklamy performance: jeśli jej reguły faworyzują platformę, to problem dotyka milionów firm – od mikrobiznesów po globalne marki – które płacą za kliknięcia i konwersje. Google argumentuje, że ceny wynikają z aukcji w czasie rzeczywistym i zależą od konkurencji oraz jakości reklam, ale sam fakt, że Komisja pyta reklamodawców o doświadczenia i daje czas na odpowiedź, pokazuje zmianę nastroju: regulatorzy nie chcą już tylko „monitorować”, tylko szukają twardych sygnałów od rynku.
Konsekwencje mogą być duże nawet bez natychmiastowej decyzji. Po pierwsze, rośnie ryzyko regulacyjne dla całego ekosystemu SEM: firmy mogą zacząć ostrożniej planować budżety, a agencje performance będą musiały tłumaczyć klientom, że stawki CPC to nie tylko konkurencja, ale też potencjalnie konstrukcja samej aukcji. Po drugie, dyskusja o „uczciwości” aukcji dotyka zaufania do pomiaru efektywności: jeśli reklamodawca podejrzewa, że płaci więcej, niż powinien, zaczyna szukać alternatyw (marketplace’y, retail media, wideo, influencerzy), co przesuwa pieniądze w branży. Po trzecie, w tle jest globalny kontekst: podobne zarzuty wobec Google pojawiają się także w USA, więc rynek widzi, że to nie jest lokalny kaprys UE, tylko szerszy spór o przejrzystość mechanizmów reklamowych w platformach dominujących.
W segmencie agencji kreatywnych mocnym tematem tygodnia była informacja, że WPP szykuje przebudowę organizacyjną, mającą połączyć trzy kluczowe filary kreatywne (Ogilvy, VML i AKQA) pod wspólnym parasolem określanym jako „WPP Creative”. Sens tej zmiany jest biznesowo czytelny: klienci chcą prostszych ofert, mniej „wewnętrznego labiryntu” i szybszego dowożenia pracy, a jednocześnie agencje czują, że generatywne AI oraz automatyzacja produkcji treści będą wymuszać inny model pracy. W praktyce „restrukturyzacja kreatywu” to często próba odzyskania utraconych kontraktów i poprawy rentowności: mniej dublowania kompetencji, większa możliwość obsługi klientów end-to-end i łatwiejsze „sprzedawanie” grupy jako jednego partnera, a nie zbioru marek, które klient musi samodzielnie poskładać.
To wydarzenie ma znaczenie dla rynku w Polsce, bo WPP i podobne holdingi pracują z międzynarodowymi klientami, a zmiany w centrali często wpływają na strukturę lokalnych zespołów i sposób prowadzenia przetargów. Dla marketerów sygnał jest podwójny. Z jednej strony: agencje będą mocniej naciskały na integrację danych, technologii i kreacji, bo to dziś jest warunek skutecznego marketingu w kanałach cyfrowych. Z drugiej: rośnie ryzyko, że „jedna wielka struktura” będzie mniej elastyczna i bardziej procesowa, co może wypychać część klientów do mniejszych, wyspecjalizowanych butików. Ten tydzień pokazał też, że AI nie jest już tylko narzędziem w produkcji contentu – stała się argumentem strategicznym, który zmienia mapę organizacyjną branży.
W świecie holdingów reklamowych widać coraz wyraźniej, że „stare przewagi” nie gwarantują stabilności. W tym tygodniu Dentsu ogłosiło zmianę na stanowisku CEO po tym, jak spółka zanotowała rekordową roczną stratę netto, powiązaną m.in. z ogromnymi odpisami (impairment) w segmentach międzynarodowych. W praktyce to jest historia o ryzyku przejęć i o tym, że goodwill z dawnych zakupów (w tym ekspansji w Europie i USA) po latach potrafi wrócić jak bumerang, gdy przychody nie rosną zgodnie z założeniami, a rynek przesuwa budżety z tradycyjnych usług agencyjnych do technologii, danych, retail media i produkcji in-house. Zmiana lidera ma tu znaczenie symboliczne: pokazuje inwestorom i klientom, że firma próbuje odciąć się od strategii, która nie dowiozła, i szuka nowego sposobu zarządzania globalnym biznesem.
Dla rynku reklamy konsekwencje są praktyczne. Duże grupy będą jeszcze mocniej naciskać na efektywność kosztową, redukcję stanowisk i unifikację procesów, a to zmienia kulturę pracy: mniej „agencji artystycznej”, więcej „fabryki usług”. Równolegle rośnie presja na to, żeby oferta była technologiczna (analityka, automatyzacja, narzędzia własne), bo tam jest dziś większa marża i większa odporność na wyceny oparte wyłącznie na godzinach pracy. Dla klientów to może oznaczać lepszą standaryzację i skalę, ale też ryzyko, że najlepsze talenty odpłyną do firm produktowych, platform lub do mniejszych zespołów, które nie są obciążone ciężarem holdingu. Ten tydzień był więc kolejnym dowodem, że branża agencyjna jest w fazie „przewartościowania”: mniej liczy się rozpoznawalna marka, bardziej zdolność do zmiany modelu biznesowego w rytmie AI i platform.
Jednym z największych ruchów transakcyjnych tygodnia była informacja o przejęciu Clear Channel Outdoor przez konsorcjum inwestorów w transakcji wycenianej na około 6,2 mld dolarów. Outdoor bywa traktowany jak „stary kanał”, ale to uproszczenie. W ostatnich latach największe sieci OOH mocno inwestowały w cyfryzację nośników (DOOH), dynamiczne planowanie emisji, lepszy pomiar i integrację z kampaniami programmatic. Problemem była jednak struktura finansowania i dług, a także presja na rentowność w świecie, w którym budżety szybciej rosną w kanałach mierzalnych „kliknięciem”. Transakcja z premią dla akcjonariuszy i elementem „go-shop” jest sygnałem, że inwestorzy widzą potencjał w uporządkowaniu bilansu i w tym, by OOH stał się bardziej elastycznym komponentem miksu marketingowego, zwłaszcza w miastach i w kampaniach budujących zasięg oraz pamięć marki.
Dla rynku reklamy to wydarzenie ma kilka możliwych następstw. Po pierwsze, nowe właścicielstwo często oznacza ciśnienie na modernizację infrastruktury i poprawę wydajności operacyjnej, co może przyspieszyć wymianę nośników na cyfrowe oraz rozwój automatyzacji sprzedaży. Po drugie, jeśli OOH ma konkurować o budżety z wideo i retail media, potrzebuje wiarygodnego pomiaru i atrybucji – a kapitał prywatny może chcieć ten obszar szybko wzmocnić. Po trzecie, to sygnał dla innych graczy OOH w Europie i w Polsce: konsolidacja i restrukturyzacje będą postępować, bo skala jest dziś jednym z warunków opłacalności inwestycji w technologię. Ten tydzień przypomniał, że „tradycyjny outdoor” i „nowoczesny DOOH” to już dwa różne światy, a rynek kapitałowy coraz wyraźniej stawia na ten drugi.
W Polsce mocnym wydarzeniem tygodnia były zarzuty UOKiK wobec Meta Platforms Ireland dotyczące tego, czy konsumenci mają zapewnione skuteczne i szybkie kanały kontaktu w sytuacjach takich jak przejęcie konta na Facebooku lub Instagramie. Dla branży reklamowej to temat, który na pierwszy rzut oka wygląda jak „sprawa obsługi klienta”, ale w praktyce uderza w fundamenty marketingu na platformach: jeśli przedsiębiorcy i konsumenci nie mają sprawnego wsparcia, to rośnie ryzyko strat finansowych, spada zaufanie do narzędzi reklamowych, a koszty zabezpieczeń i procedur rosną. W dobie, gdy konta firmowe są narzędziem sprzedaży, a kampanie płatne bywają uruchamiane i rozliczane w sposób zautomatyzowany, brak realnego wsparcia w sytuacji awaryjnej staje się problemem systemowym, a nie incydentem.
Dla marketerów to oznacza bardzo konkretny wniosek: platformy są jednocześnie kanałem dotarcia i potencjalnym punktem ryzyka operacyjnego. Im bardziej firma opiera sprzedaż na ekosystemie social (w tym na reklamach, sklepach, leadach i komunikacji), tym mocniej potrzebuje planu awaryjnego: procedur odzyskiwania dostępu, zabezpieczenia płatności, dodatkowych ról administratorów, weryfikacji dwuetapowej i rozdzielenia uprawnień. Zarzuty UOKiK mogą też podbić w Polsce dyskusję o standardach ochrony użytkownika na platformach globalnych – co z czasem może przełożyć się na presję, by platformy oferowały bardziej „przewidywalne” ścieżki wsparcia dla biznesu. W tym tygodniu marketing w social mediach dostał przypomnienie, że jest częścią relacji konsumenckiej, a nie wyłącznie prywatnym produktem platformy.
W e-commerce ważnym elementem tygodnia była informacja operacyjna z Allegro dotycząca kolejnej edycji kampanii Allegro Days AlleObniżka, startującej 9 lutego w Polsce (i równolegle w Czechach i na Słowacji). Dla sprzedawców to nie jest „news ciekawostka”, tylko realny mechanizm pozyskiwania ruchu w okresie, gdy wiele branż ma sezonową zadyszkę po styczniu, a konsumenci robią zakupy ostrożniej. Allegro opisuje model, w którym platforma obniża ceny wybranych ofert na swój koszt, a sprzedawca ma utrzymać zysk – co jest jednocześnie zachętą do zgłoszeń, jak i narzędziem konkurencji o uwagę kupujących. Takie akcje promocyjne stają się de facto „wydarzeniami medialnymi” na marketplace: platforma buduje narrację o okazjach, podkręca ruch i zwiększa gotowość kupowania.
Konsekwencje marketingowe są szerokie. Po pierwsze, promocje na marketplace wpływają na strategie cenowe także poza platformą, bo konsumenci porównują ceny szybciej niż kiedyś, a marki muszą pilnować spójności (albo świadomie zarządzać różnicami). Po drugie, w okresach kampanii promocyjnych rośnie konkurencja w Allegro Ads i w zewnętrznych kanałach kierujących ruch na oferty, co często podbija koszty pozyskania (CPC) i wymusza lepszą optymalizację feedów produktowych, jakości ofert oraz logistyki. Po trzecie, takie kampanie uczą klientów, że „warto poczekać na zjazd cen”, co ma długofalowy efekt na marże i na postrzeganie wartości. Ten tydzień przypomniał, że marketing marketplace to w praktyce zarządzanie: ceną, widocznością, reputacją i dostępnością towaru jednocześnie.
Google opublikowało w tym tygodniu materiał programowy o tym, jak widzi reklamę cyfrową i commerce w 2026 roku, podpisany przez kierownictwo Ads & Commerce. Dla branży takie „listy i prognozy” są istotne nie dlatego, że zawierają tajemnice, tylko dlatego, że pokazują priorytety platformy: gdzie pójdą inwestycje produktowe, jakie formaty będą promowane, jakie zmiany w doświadczeniu zakupowym są planowane i jak Google będzie opowiadać o reklamie w świecie rosnącej presji regulacyjnej. W praktyce platforma próbuje połączyć kilka trendów w jedną opowieść: reklama ma być bardziej „płynna” (mniej tarcia między inspiracją a zakupem), bardziej „asystująca” (AI w rekomendacjach i w dopasowaniu przekazów) i bardziej „osobista” (co natychmiast zderza się z debatą o prywatności).
Z perspektywy marketerów to jest sygnał strategiczny: rośnie znaczenie formatów, które skracają ścieżkę zakupową i łączą się z danymi produktowymi (merchant, feed, integracje z e-commerce). Jednocześnie materiał wpisuje się w szerszy trend „AI-first” w marketingu: automatyzacja kreacji, targetowania i optymalizacji będzie coraz mocniej wbudowana w narzędzia, co może zwiększać skuteczność, ale też utrudniać kontrolę i rozumienie, dlaczego kampania działa lub nie działa. Dla rynku agencyjnego oznacza to, że rośnie rola specjalistów od strategii, a maleje wartość „ręcznego klikania” w panelach, bo platformy będą to robić same. Ten tydzień przyniósł więc nie tyle news, co mapę kierunku: kto nie umie połączyć contentu, danych produktowych i automatyzacji, będzie miał coraz większy problem z efektywnością.
W tym tygodniu widać było też „twardą” warstwę marketingu: polityki reklamowe i zgodność. Google zapowiedziało zmiany w polityce dotyczącej produktów finansowych i usług, w tym w obszarze kryptowalut i produktów powiązanych, z datą aktualizacji w lutym 2026. Równolegle Google aktualizowało elementy polityki reklam spersonalizowanych (np. w obszarze hazardu i gier w konkretnych jurysdykcjach). Dla wielu firm to temat niewdzięczny, bo nie wygląda jak „innowacja”, ale w praktyce decyduje o tym, czy kampania może w ogóle wystartować. Każda zmiana polityki potrafi w jednej chwili wywrócić plan mediowy: kreatyw, landing page, teksty reklam, a czasem cały model pozyskiwania klientów, jeśli branża jest wrażliwa regulacyjnie.
Konsekwencje dla rynku są konkretne. Po pierwsze, rośnie znaczenie zespołów compliance i prawników w marketingu – nawet w małych firmach – bo ryzyko blokady konta lub odrzucenia reklam jest kosztowne i często trudne do odkręcenia. Po drugie, marketerzy muszą projektować kampanie bardziej „odporne” na zmiany platform: mieć alternatywne kanały, listy remarketingowe budowane na własnych danych (tam, gdzie prawo pozwala), dywersyfikację źródeł ruchu i większą ostrożność w obietnicach sprzedażowych. Po trzecie, polityki platform coraz częściej są powiązane z lokalnym prawem, więc globalne firmy muszą prowadzić kampanie w trybie „wielu wersji” pod różne kraje. Ten tydzień potwierdził, że marketing w 2026 roku to nie tylko kreatywność i optymalizacja, ale też stała praca z zasadami, które potrafią się zmienić szybciej niż budżet kwartalny.
W obszarze technologii reklamowej i pomiaru pojawił się ważny temat: inicjatywy IAB związane z uporządkowaniem problemów pomiarowych, które od lat trawią rynek mediów cyfrowych. W relacjach branżowych wskazywano Project Eidos oraz wnioski z raportów dotyczących danych i zaawansowanego mierzenia, w których podkreśla się potencjał AI do poprawy pomiaru, ale też obawy marketerów o jakość danych, ryzyka prawne i bezpieczeństwo. To jest kluczowy punkt: rynek reklamy od lat cierpi na „pękniętą miarkę”. Jeśli metryki są nieporównywalne, a atrybucja jest niepewna, budżety są przesuwane na podstawie narracji i wiary, a nie na podstawie stabilnych dowodów. To generuje marnotrawstwo, spory między klientami i agencjami oraz rosnącą pokusę, by przenosić budżety do kanałów, które dają „pozornie prosty” wynik, nawet jeśli jest on uproszczony.
Znaczenie dla marketerów jest praktyczne. Jeśli branża faktycznie zacznie naprawiać standardy pomiaru (w tym definicje viewability, fraud, jakość środowiska emisji i spójność raportowania), może to poprawić efektywność inwestycji mediowych i ograniczyć skalę nadużyć. Równolegle rośnie presja na „media quality”: reklamodawcy chcą wiedzieć, gdzie dokładnie ich reklamy się pojawiają i czy środowisko jest bezpieczne dla marki. To wzmacnia dostawców weryfikacji i audytu, ale też zwiększa koszty operacyjne kampanii. Ten tydzień przypomniał, że w marketingu cyfrowym nie wygrywa dziś tylko ten, kto ma lepszy przekaz, ale ten, kto potrafi udowodnić wynik w świecie, w którym sama definicja „wyniku” jest przedmiotem sporu.
Na styku regulacji i platform ważnym tłem tygodnia była informacja, że TikTok został obciążony zarzutami naruszenia unijnych zasad dotyczących usług cyfrowych w kontekście mechanizmów, które regulator określa jako wspierające uzależniające korzystanie z aplikacji (m.in. nieskończone przewijanie, autoplay, powiadomienia push i bardzo spersonalizowany system rekomendacji). Dla branży reklamowej to nie jest wyłącznie „sprawa społeczna”. TikTok jest jednym z głównych kanałów dystrybucji uwagi, a jego skuteczność reklamowa w dużej mierze wynika z siły rekomendacji i personalizacji. Jeśli regulacje wymuszą zmianę projektową lub ograniczenia w działaniu systemu rekomendacji, może to wpłynąć na to, jak szybko treści (i reklamy) znajdują odbiorcę oraz jak przewidywalny jest performance kampanii.
Możliwe konsekwencje są dwutorowe. Z jednej strony, ograniczenia „mechanik uzależniających” mogą poprawić dobrostan użytkowników i zmniejszyć presję społeczną na platformę, co długoterminowo może być dla reklamodawców korzystne, bo spada ryzyko reputacyjne i rośnie poczucie „bezpieczniejszego środowiska”. Z drugiej strony, jeśli personalizacja zostanie ograniczona albo będzie bardziej transparentna i kontrolowana, może wzrosnąć koszt dotarcia do właściwych segmentów, szczególnie dla małych marek, które dziś korzystają z „magii algorytmu” zamiast ogromnych budżetów. Ten tydzień pokazał, że w UE platformy social wchodzą w etap, w którym ich projekt UX staje się przedmiotem regulacji, a to automatycznie dotyka rynku reklamowego, bo reklama żyje tam, gdzie żyje uwaga.