
Wiele mikrofirm traktuje stronę internetową jak „projekt do odhaczenia”: powstała, działa, więc temat zamknięty. Problem w tym, że strona to nie ulotka. To system, który ma codziennie zbierać zapytania, budować zaufanie i nie przeszkadzać klientowi w kontakcie. A systemy mają to do siebie, że czasem coś się „rozjeżdża”: kończy się certyfikat, aktualizacja wtyczki psuje formularz, skrzynka zapycha się spamem, a strona ładuje się coraz wolniej, bo nikt nie zaglądał do niej od pół roku.
Ten artykuł jest o tym, jak ogarnąć utrzymanie strony bez działu IT. Nie chodzi o bycie administratorem serwerów. Chodzi o proste nawyki, minimum monitoringu i gotowy plan działania, gdy coś przestaje działać. Dzięki temu nie dowiesz się o awarii od wkurzonego klienta, tylko z alertu – i zareagujesz zanim stracisz leady.
Najbardziej podstępne awarie to te, które nie wyglądają jak awaria. Strona się otwiera, ale formularz nie wysyła wiadomości. Numer telefonu jest klikalny, ale prowadzi do złego numeru. Czat działa na desktopie, ale na telefonie zasłania przycisk „Wyślij”. Właściciel firmy wchodzi na stronę raz na tydzień i mówi „u mnie działa”, a w praktyce 30% użytkowników ma problem w krytycznym momencie.
Dlatego monitoring strony trzeba rozumieć szerzej: to nie tylko pytanie „czy serwer żyje”, ale „czy klient może wykonać działanie, na którym mi zależy”. Dla mikrofirmy to zwykle: zadzwonić, wysłać formularz, napisać maila, dodać produkt do koszyka, kupić, pobrać ofertę, umówić termin.
Zanim włączysz jakiekolwiek narzędzia, zrób krótką listę elementów krytycznych. Krytyczne to takie, których awaria od razu kosztuje Cię pieniądze lub wizerunek.
Strona główna i najważniejsze podstrony oferty – czy się w ogóle ładują.
Formularze kontaktowe (również te „krótkie” na landingach) – czy faktycznie wysyłają wiadomość.
Telefon i mail – czy są poprawne, klikalne na telefonie i widoczne bez przewijania.
Jeśli masz sklep: koszyk, płatność, e-maile transakcyjne – czy cały proces domyka się do końca.
Jeśli masz rezerwacje: terminarz, potwierdzenia, wiadomości e-mail/SMS.
Certyfikat SSL – czy nie wygasa, bo to potrafi zabić zaufanie i konwersje z dnia na dzień.
Kiedy masz to spisane, dopiero wtedy dobierasz monitoring. Inaczej łatwo utknąć w „mierzeniu wszystkiego”, a przegapić rzecz podstawową: czy ktoś może się z Tobą skontaktować.
Nie musisz wdrażać skomplikowanych systemów. W praktyce wystarczy połączyć trzy warstwy: (1) dostępność strony, (2) działanie kluczowych akcji, (3) szybkie sygnały z analityki i wyszukiwarki.
1) Monitoring dostępności (uptime)
To prosta kontrola: czy strona odpowiada i nie ma przerw typu „nie otwiera się”. Dobre narzędzie powinno wysyłać alert e-mail lub SMS, jeśli strona nie działa przez kilka minut. Mikrofirmie nie jest potrzebne 0,001% dokładności – potrzebne jest powiadomienie, że coś padło i że nie ma sensu przepalać budżetu na reklamy w czasie awarii.
2) Monitoring akcji (formularz, koszyk, rezerwacja)
Tu chodzi o sprawdzenie ścieżki użytkownika. Użytkownik wchodzi, klika, wypełnia, wysyła – i czy na końcu rzeczywiście jest sukces. Jeśli formularz „udaje”, że wysłał, ale wiadomość nie dochodzi, to uptime będzie zielony, a sprzedaż będzie leżeć. Warto monitorować przynajmniej jedną kluczową akcję.
3) Sygnały z analityki i wyszukiwarki
Analityka nie jest tylko od raportów. To wczesne ostrzeganie. Jeśli nagle spada liczba wejść z Google albo ruch z reklam, to często jest objaw: błąd na stronie, problem z indeksowaniem, blokada w pliku robots, awaria płatności, a czasem zmiana w kampanii. Ważne jest ustawienie prostych alertów i nawyk: raz w tygodniu spojrzeć na liczby, nie raz na rok.
W mikrofirmie najcenniejsze są alerty proste i „twarde”: informują o ryzyku utraty zapytań. Poniżej zestaw, który zwykle daje najlepszy stosunek efektu do czasu.
Alert dostępności strony – gdy strona nie odpowiada lub zwraca błędy przez kilka minut.
Alert na wygaśnięcie SSL – najlepiej z wyprzedzeniem co najmniej 14–30 dni.
Alert na spadek konwersji – jeśli masz skonfigurowane cele (np. wysłanie formularza), ustaw powiadomienie o nietypowym spadku.
Alert na błąd formularza – jeśli korzystasz z narzędzia, które potrafi symulować wysyłkę i sprawdzić rezultat.
Alerty z Google Search Console – o problemach z indeksowaniem, błędach, karach ręcznych lub problemach z bezpieczeństwem.
Jeśli nie masz czasu na wszystko, zacznij od dwóch: uptime i SSL. To jest absolutne minimum, które powinno działać w każdej firmie.
Największy błąd to „sprawdzanie, gdy jest problem”. Lepszy jest rytm małych kontroli. Poniższy podział działa dobrze w mikrofirmach, bo jest realny do utrzymania nawet przy małej liczbie osób.
Codziennie (2–3 minuty)
Sprawdź skrzynkę, na którą wpadają zapytania – czy nie ma awarii, pełnej skrzynki albo filtrów, które blokują wiadomości.
Jeśli masz reklamy: rzuć okiem, czy liczba zapytań nie spadła do zera bez powodu.
Raz w tygodniu (10–20 minut)
Wejdź na stronę jak klient na telefonie: czy numer telefonu jest klikany, czy formularz działa, czy nic nie zasłania CTA.
Sprawdź w analityce podstawy: liczba wejść, źródła ruchu, liczba wysłanych formularzy/kliknięć w telefon.
Sprawdź Google Search Console: czy nie ma nagłych komunikatów o błędach.
Raz w miesiącu (30–60 minut)
Aktualizacje: wtyczki, motyw, CMS – najlepiej po zrobieniu kopii zapasowej.
Kopia zapasowa: czy faktycznie się robi i czy da się ją przywrócić (przynajmniej testowo raz na jakiś czas).
Przegląd treści: czy oferta jest aktualna, czy są stare numery, stare cenniki, nieaktualne regulaminy.
Wydajność: czy strona nie „ciężarzeje” (np. nowe zdjęcia bez kompresji, zbyt duże pliki).
Ta rutyna jest prosta, ale robi ogromną różnicę. Wiele firm traci pieniądze nie dlatego, że marketing jest słaby, tylko dlatego, że strona nie dowozi podstaw.
Kopia zapasowa to temat, który wszyscy odkładają, dopóki nie wydarzy się katastrofa. A potem jest panika: strona zainfekowana, hosting odcina konto, a firma nie ma skąd przywrócić wersji sprzed awarii. Mikrofirmie nie jest potrzebny skomplikowany system – potrzebna jest zasada: kopia ma istnieć, ma być aktualna i ma być przechowywana w miejscu innym niż serwer produkcyjny.
W praktyce sensowne minimum to kopie automatyczne (np. codzienne lub tygodniowe) + dodatkowa kopia przed aktualizacjami. Jeśli tylko masz możliwość, przechowuj kopię poza hostingiem, choćby w chmurze. Nie chodzi o idealne rozwiązanie. Chodzi o to, żeby nie zostać z niczym.
Wielu właścicieli firm boi się aktualizacji, bo „kiedyś coś się wysypało”. Druga skrajność to brak aktualizacji przez lata. Obie postawy są ryzykowne. Najrozsądniejsze podejście to: aktualizować regularnie, ale z zasadą bezpieczeństwa.
Zrób kopię przed aktualizacją – zawsze.
Aktualizuj partiami – nie wszystko naraz, jeśli masz dużo wtyczek.
Po aktualizacji przetestuj krytyczne elementy – formularz, koszyk, rezerwacje, stronę kontaktu.
Ustal stały termin – np. pierwszy poniedziałek miesiąca. Dzięki temu nie będziesz o tym myśleć codziennie.
To daje spokój. Strona jest bezpieczniejsza, a ryzyko „niespodzianek” spada, bo nie masz zaległości na dwa lata.
W praktyce najwięcej leadów ginie nie przez to, że strona nie działa, tylko przez problemy z wysyłką wiadomości. Typowe scenariusze:
Formularz wysyła, ale e-mail trafia do spamu albo jest blokowany przez dostawcę.
Skrzynka jest pełna i odbija wiadomości, a nikt o tym nie wie.
Wiadomości idą na stary adres e-mail po zmianie domeny.
Wtyczka formularza po aktualizacji przestaje działać na jednej podstronie, ale reszta strony działa.
Dlatego warto mieć prosty test: raz w tygodniu wyślij formularz testowy (z innego adresu e-mail) i sprawdź, czy wiadomość dotarła, w jakim czasie i gdzie wpadła (inbox czy spam). Jeśli masz zespół, ustalcie zasadę: zapytania z formularza muszą mieć potwierdzenie odbioru w maksymalnie określonym czasie, a jeśli przez dzień nie ma żadnego zapytania, to ktoś robi test.
W stresie ludzie robią chaotyczne rzeczy: zmieniają hasła, wyłączają wtyczki na ślepo, piszą do pięciu osób naraz. Lepiej mieć prostą procedurę. Poniżej schemat, który sprawdza się w mikrofirmach.
Krok 1: potwierdź problem
Sprawdź stronę na telefonie i na innym łączu (np. internet mobilny). Czasem to problem lokalny, a nie awaria strony.
Krok 2: sprawdź element krytyczny
Jeśli problem dotyczy leadów: test formularza, kliknięcie telefonu, mail. Jeśli dotyczy sprzedaży: koszyk i płatność. Nie trać czasu na rzeczy poboczne.
Krok 3: zabezpiecz straty
Jeżeli strona nie działa, a masz płatne kampanie – wstrzymaj je lub ogranicz, żeby nie przepalać budżetu. Jeśli nie możesz wstrzymać od razu, zmień kierowanie na bezpieczną podstronę lub tymczasowy komunikat (o ile masz taką możliwość).
Krok 4: zbierz informacje dla wykonawcy/hostingu
Zrób zrzuty ekranu, zapisz godziny, opisz, co dokładnie nie działa i na jakich urządzeniach. To skraca czas naprawy, bo wykonawca nie musi zgadywać.
Krok 5: działanie naprawcze
Jeśli masz umowę utrzymaniową – zgłaszasz problem zgodnie z ustaleniami. Jeśli nie masz – kontaktujesz hosting lub wykonawcę. W przypadku problemów bezpieczeństwa (podejrzenie zainfekowania) nie próbuj „naprawiać na oko”, tylko zabezpiecz dostęp i działaj metodycznie, bo nieumiejętna ingerencja potrafi pogorszyć sprawę.
Mikrofirmy często rezygnują z utrzymania, bo „to koszt”. Tylko że koszt awarii bywa wyższy niż miesięczna opłata – zwłaszcza gdy reklamy pracują, a strona nie przyjmuje zapytań. Utrzymanie ma sens szczególnie wtedy, gdy strona jest ważnym kanałem sprzedaży lub kontaktu, a Ty nie chcesz pilnować aktualizacji i kopii samodzielnie.
Jeśli podpisujesz umowę, dopilnuj prostych rzeczy: czas reakcji (kiedy ktoś odpowie), zakres prac (aktualizacje, kopie, monitoring), co jest „awarią” (np. formularz nie działa), ile jest godzin wsparcia w miesiącu i jak rozliczane są dodatkowe prace. Najgorsza umowa to taka, która wygląda dobrze na papierze, ale nie definiuje, co się dzieje, gdy realnie tracisz zapytania.
Warto je znać, bo wiele z nich wynika z normalnego życia: braku czasu, zaufania, że „jakoś będzie”, i przekonania, że internet działa jak billboard.
Brak jednej osoby odpowiedzialnej – nikt nie czuje, że to „jego”, więc problemy wiszą tygodniami.
Brak testów po zmianach – ktoś zmienia treść, wtyczka się aktualizuje i formularz przestaje działać.
Nieaktualne dane kontaktowe – zmiana numeru, maila, adresu, a strona nadal pokazuje stare.
Przepalanie budżetu reklamowego w czasie awarii – kampania leci, a strona nie domyka konwersji.
Brak kopii poza hostingiem – w razie problemu firma zostaje z niczym.
Dobra wiadomość jest taka, że większość tych problemów rozwiązuje rutyna: checklisty i alerty. To nie jest „większy marketing”. To jest dbanie o podstawy, które pozwalają marketingowi działać.
Jeśli chcesz to wdrożyć bez komplikowania życia, trzymaj się krótkiej zasady: monitoruj dostępność, monitoruj najważniejszą akcję (kontakt/sprzedaż), rób kopie zapasowe i miej plan działania na awarię. W mikrofirmie to wystarczy, żeby strona była stabilnym narzędziem, a nie źródłem niespodzianek.
Najlepszy moment na ustawienie tego wszystkiego jest teraz, gdy wszystko działa. Bo gdy pojawi się problem, będziesz mieć już powiadomienia, rutynę i spokojną głowę.
https://support.google.com/webmasters/answer/9205520 – dokumentacja Google Search Console: typy raportów i komunikatów o problemach z indeksowaniem i stanem stron.
https://developer.chrome.com/docs/lighthouse/overview/ – omówienie Lighthouse jako narzędzia do podstawowej oceny jakości strony (wydajność, dostępność, dobre praktyki).
https://web.dev/learn/ – materiały edukacyjne web.dev o utrzymaniu jakości stron (m.in. wydajność i dobre praktyki).
https://owasp.org/www-project-top-ten/ – OWASP Top 10: najczęstsze ryzyka bezpieczeństwa aplikacji webowych, pomocne przy rozumieniu sensu aktualizacji i podstawowych zabezpieczeń.